Akcja pomocy birmańskiej szkole - wystawa
"Szkoła w cieniu pagód" i wieczór birmański
Nauczyciel - o sobie, o szkole i o nauczaniu
Ja i nauczanie dzieci
Mam na imię U Saw Maung. Mój ojciec nazywa się U Sein Ko, a matka Daw Sein Tin. Urodziłem się w 1319 r. ery birmańskiej [1957 r.] w czasie pełni księżyca miesiąca tathalin w niedzielę. Mam pięcioro rodzeństwa.
Gdy byłem mały, zacząłem się uczyć u Sayadaw Ba Twina w klasztorze w Moynwa: począwszy od wiedzy o pomyślności mingla, [z sanskrytu: mangala sutra], aż do nauki paritt [formuł zaklęć ochronnych]. Sayadaw był spokrewniony z rodziną matki. Następnie ukończyłem szkolę podstawową i średnią, zdałem maturę z oceną B. Gdy chodziłem do szkoły, mieszkałem w klasztorze. Nie mogłem się dalej uczyć ze względu na brak pieniędzy, wróciłem więc do rodziców i pomagałem im w uprawie roli.
W rolnictwie praca jest ciężka a dochody niewielkie. W tym czasie wiele osobą z wioski jechało do Mogok do pracy w kopalni kamieni szlachetnych. Ja także chciałem być bogaty, więc pojechałem, ale rzeczywistość była inna od moich wyobrażeń. Rubiny trzymały się daleko od moich rąk i wzroku. Głodowałem. Ożeniłem się. W ten sposób miałem jeszcze więcej obowiązków i dużo czasu musiałem poświęcać na zaspokojenie codziennych potrzeb rodziny.
W moim życiu wiele z rzeczy, których dla siebie pragnąłem, nie zostało mi dane. Pragnąłem tego, co widziałem, co słyszałem i czego dotykałem, a pragnienia nie miały końca. Byłem jak statek żaglowy płynący pod prąd, który nigdy nie dopływa do celu. Los jak wiatr rzucał mnie na różne strony, a ja wciąż potrzebowałem nowych i nowych sił. Przez moje ego szybko stałem się wyczerpany fizycznie i psychicznie. Musiałem zdecydować: albo żyć tak dalej albo zrezygnować ze swoich egoistycznych pragnień. Musiałem uświadomić sobie, że nie tylko dla siebie żyję. Moich celów nie osiągnąłem, więc pozostało mi przestać być zachłannym. Wróciłem do wioski. Zdecydowałem, że będę zajmował się rolnictwem. Moje możliwości ekonomiczne były kiepskie, doświadczyłem ogromnej przemiany, wiele zrozumiałem i postanowiłem zacząć wszystko od początku.
Mój wujek mnich był już stary i przykro mi się zrobiło, gdy to sobie uświadomiłem. W tym czasie miał tylko jednego asystenta [mnicha], który zdecydował się porzucić klasztorne życie i przestał nauczać w szkole. Wtedy wujek powierzył mi dzieci i właściwie zmusił mnie do nauczania. Nie mogłem być wobec niego nieposłuszny i zostałem nauczycielem.
Wtedy w wiosce było ok. 130 domów, a na każdy dom przypadało jedno dziecko. W sąsiednich wioskach były państwowe szkoły, do jednej było 3,5 km, do drugiej 1,5. Z naszych dzieci tylko dziesięcioro chodziło do tej szkoły oddalonej o 1,5 km. Ich rodzice mieli lepszą sytuację materialną, mogli płacić za szkołę, reszta musiała poprzestać na naszej szkole przyklasztornej.
Wujek miał jeszcze innych nowicjuszy, bardzo młodych, ale oni wyjechali uczyć się do Moynwa i do Rangunu, więc myśląc o przyszłości dzieci wujek przekazał mi pałeczkę. Wkrótce nawet uczniowie, którzy chodzili do innej szkoły, powrócili do naszej. W ten sposób miałem wielu uczniów, a odgłosy recytacji z naszej szkoły słychać było z daleka.
Rodzice bardzo zadowoleni zwołali radę wioski i zdecydowali się na budowę szkoły z tradycyjnych materiałów [na zdjęciu stara szkoła]. Zbudowali ja z trudnością. Zaprosiłem kuratora U Bo Thein. Przybył w maju 1991 r. z komisją i uznali nas za szkołę podstawową zgodną ze standardami wyznaczonymi przez Ministerstwo Edukacji. Do tej pory niektórzy z naszych absolwentów zdobyli nawet dyplomy uniwersytetu, a co roku są nowi studenci. Gdy dawniej moje marzenia były jak sen, teraz się realizowały.
Abym mógł utrzymać siebie i rodzinę pobieram niewielkie czesne 300 kyat [ok. 1 zł].
Niektóre dzieci pochodzą z bardzo biednych rodzin, nie mogą zapłacić nawet tego i w zamian pomagają mi w gospodarstwie. Biedota wzajemnie się wspiera, i uczniowie i nauczyciel. Ale wszyscy patrzymy ku światłu lepszej przyszłości i nadziei.
Przez 15 lat przechodziliśmy ciężką drogę edukacji. Rok po roku przybywało uczniów. Tradycyjna szkoła stała się za mała. Nie tylko to, ale dodatkowo w zeszłym roku wichura przewróciła drzewo tamaryndowe i budynek uległ zniszczeniu. W nagłej potrzebie postawiliśmy nową konstrukcję, Dach pokryliśmy blachą ocynkowaną. Dach wykończyliśmy dobrze, ale nie stać nas było na ściany, więc w tym celu szukaliśmy starej blachy.
W ten sposób rok szkolny 2005/2006 dobiegł końca. Według statystyki w tym roku przybyło 20 domów. Oprócz dziesięciorga dzieci, reszta ma kiepską sytuację ekonomiczną, dlatego trudno nam jest wykończyć tę szkołę. Dla mnie najważniejsza jest kontynuacja. Patrzę na te dzieci i żyję nadzieją, że kiedyś mnisi, którzy wyjechali uczyć się do miasta, powrócą.
U Saw Maung
Przyklasztorna szkoła podstawowa - list
Droga Ma San,
Opowiem ci krótką historię naszej szkoły przyklasztornej. Przez lata nie było w naszej wiosce szkoły. Nie wiedzieliśmy, jak się o nią ubiegać i co w tej sprawie zrobić. W końcu mój nauczyciel, mój przyjaciel i ja założyliśmy szkołę podstawową, dwanaście lat temu. Na początku mój przyjaciel był tam nauczycielem, ale przestał być mnichem i ożenił się. Nie mógł kontynuować nauczania. Ja, jak wiesz, sam staram się jeszcze uczyć, a mój nauczyciel ma 70 lat. Dlatego przekazałem szkołę innemu nauczycielowi, jest sam i niestety musi pobierać symboliczną opłatę. My możemy dać im tylko naukę, nie możemy ich wspierać w żaden inny sposób. Uczymy wszystkie dzieci, nie tylko chłopców w nowicjacie. Nauka zwykle trwa sześć lat. Po tym, jeśli uczeń chce, może uczyć się w szkole monastycznej. Pomagam im później w miejskim życiu. Jeśli chodzi o dziewczęta, do tej pory nic nie byliśmy w stanie zrobić. One nie są zainteresowane wstąpieniem do klasztoru i życiem mniszek. Ich wybór, co robić. [...]
Gdybyśmy mogli otrzymać jakąś pomoc humanitarną, to byłoby bardzo cenne dla najbiedniejszych mieszkańców wsi. Teraz marzą o remoncie szkoły. W zeszłym tygodniu, kiedy przybyłem do mojej wioski, usłyszałem, że kilkoro uczniów opuściło szkołę ze wstydu, że nie mogą nic dać na remont. Powiedziałem organizatorom, żeby nie zmuszali najbiedniejszych do udziału w tym przedsięwzięciu. [...]
Twój przyjaciel,
U Ashin Suguna
Drugi list - w sprawie wystawy
Droga Ma San,
Proszę powiedz mi o tym, jak ma wyglądać wystawa, którą organizujesz. Słyszałem, że twoja organizacja działa przeciwko naszemu rządowi. Jeden z moich przyjaciół powiedział, że jesteś sekretarzem tej organizacji. Twoim celem może być przybliżenie Birmy Polakom. Chociaż cel może być bardzo dobry, IM się to może nie podobać. Dlatego kontakt z sekretarzem takiej organizacji jest dla mnie niebezpieczny, kiedy mieszkam w tym kraju - tak mówi mój przyjaciel. Ponadto, powiedział, że jeśli ta wystawa się uda, dziennikarze mogą tam przybyć, będą zadawać pytania, a twoje odpowiedzi mogą być dla nas niebezpieczne. To nie jest niemożliwe. Tutaj w kraju wszystko jest niebezpieczne, szczególnie jeśli chodzi o politykę. Możemy nic nie robić przeciwko NIM, ale ONI mogą tego nie zrozumieć. Teraz rozumiem dlaczego urzędnik poczty wahał się, czy przyjąć moją przesyłkę z wypracowaniami dzieci.
Wierzę, że mnie rozumiesz.
Proszę zrozum i wyjaśnij sytuację twoim kolegom. Może i oni lepiej zrozumieją.
Życzę wszystkiego najlepszego twojej organizacji,
Twój przyjaciel,
U Ashin Suguna
Nasza misja
Propagowanie rzetelnych informacji o obecnej sytuacji
politycznej w Birmie (Myanmarze).
Lobbying wśród władz RP na rzecz demokracji i
przestrzegania praw człowieka w Birmie.
Wspieranie polityki Unii Europejskiej w stosunku do
Birmy i przedstawienie jej
władzom RP.
Kształtowanie świadomości publicznej odnośnie
przestrzegania praw człowieka w Birmie.
Popularyzowanie wiedzy dotyczącej kultury regionu.
Kontakt
ul. Kanarkowa 12,
02-818 Warszawa, Polska,
tel. +48 (22) 643-82-05,
e-mail:
spb@birma-polska.org REGON 140022160
Nr Rejestracji KRS 0000226664
Nr konta
PKO Bank Polski SA
56 1020 1156 0000 7802 0059 5751