|
Artykuł z TrybunyTrybuna 02.04.2004Małgorzata Borkowska Khin schodzi do podziemiaW tajskim więzieniu trafiłam do Celi o wymiarach trzy na trzy metry. Prócz mnie znajdowało się tam jeszcze siedmiu mężczyzn. Było tak mało miejsca, że musieliśmy spać na zmiany. Gdy wypadła moja kolej, leżałam z zamkniętymi oczami. Nie mogłam zasnąć ze strachu przed deportacją. Ludzie odsyłani z Birmy znikają lub na lata trafiają za kratki - opowiada Khin Phyu Htway, działaczka birmańskiej opozycji. Khin przyszła na świat 11 maja 1981 r. w niewielkim birmańskim mieście Phuy jako najmłodsza z piątki rodzeństwa. Wkrótce potem zmarł jej ojciec, utrzymanie rodziny spadło na matkę handlującą na lokalnym bazarze. Rodzinie powodziło się coraz gorzej, w całym kraju pogłębiał się kryzys gospodarczy, rosła nędza. Władze zdewaluowały pieniądze tak, że oszczędności drobnych ciułaczy stopniały niemal do zera. Ulicami przetaczały się demonstracje, ludzie domagali się reform i wolnych wyborów. Do studentów i inteligencji przyłączali się policjanci i żołnierze. - Wydawało mi się, że to zabawa. Razem z innymi dziećmi biegaliśmy wokół manifestantów, parodiowaliśmy ich okrzyki i gesty - wspomina Khin. W 1988 r. Birmę sparaliżował strajk generalny - do Rangunu przyjechała Aung San Suu Kyi, a władze wydały rozkaz strzelania do demonstrantów. We wrześniu liczbę ofiar śmiertelnych liczono w tysiącach. Rządzący krajem generałowie stworzyli Państwową radę Przywrócenia Prawa i Porządku (SLORC) a Aung i jej zwolennicy Narodową Ligę na rzecz Demokracji. - Przez mgłę przypominam sobie przygotowania do wyborów w 1990 r. Pamiętam wiece, krzyki i pochody. W radiu słyszałam opowieści o zdrajcach narodu i imperialistycznych sługusach, którzy wywołali w kraju chaos - uśmiecha się Khin, która w tym czasie była uczennicą podstawówki. ZAMORDYZMWybory wygrała opozycja, jednak generałowie nie oddali władzy. Szefowa opozycji trafiła do aresztu domowego, szeregowi działacze - do więzień. Władze postanowiły zamknąć wyższe uczelnie, bo studenci "zbyt często demonstrowali". - Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje do chwili, gdy skończyłam liceum. W 1997 r. zdałam maturę i chciałam iść na studia. Tymczasem uniwersytety były pozamykane, działały jedynie niewielkie instytuty na prowincji i szkoły wojskowe. Te pierwsze były przepełnione i miały fatalny poziom, a na naukę w akademii wojskowej nie było mnie stać. Miałam nadzieję, że władze znów otworzą uczelnie. Postanowiłam przeczekać i przez 18 miesięcy uczyłam pierwszaki czytać i pisać. W tym czasie sytuacja w kraju sytuacja w kraju systematycznie się pogarszała. Przeciętnym ludziom pensje nie starczały na przeżycie. Do więzień trafiali nie tylko działacze opozycji, lecz także osoby narzekające na wzrost cen, bezrobocie i nędzę. Desperaci masowo uciekali za granicę - do Bangladeszu, Indii, Tajlandii. W 1999 r. siostra Khin, Thida Htway, stwierdziła, że ma dość życia w Phuy i postanowiła wyemigrować do Tajlandii. - Ja też dusiłam się w Birmie - opowiada Khin. Po dwudniowej wędrówce przez dżunglę siostry przekroczyły granicę w Mae Sot. Nie miały pojęcia co dalej. Wiedziały jedynie, że nie chcą trafić do obozu dla uchodźców, bo słyszały, że w Tajlandii uchodźcy nie mają żadnych praw. Nie wolno im opuszczać terenu obozu ani pracować Nie ma tam szkół żywność pochodzi z darów organizacji międzynarodowych. OPOZYCJONISTKA MIMO WOLIPrzypadkowo poznały działaczy z birmańskiego ruchu oporu i postanowiły się do nich przyłączyć. Zamieszkały w tajnych biurach opozycji. Thida błyskawicznie zyskała akceptacje działaczy. Jej siostra nie miała nawet 18 lat, więc opozycjoniści uznali, że jest za młoda do walki z reżimem i skierowali ja na kursy angielskiego, tajskiego, produkcji bibuły, ulotek oraz kontaktów z mediami. Zaczęła odwiedzać obozy uchodźców, zobaczyła uciekinierów mieszkających w przepełnionych barakach bez bieżącej wody i kanalizacji. Widziała ludzi dziesiątkowanych przez malarię i choroby brudnych rąk - żółtaczkę i dezynterię. Przeraził ja stan szpitali polowych, w których brakowało wszystkiego - od leków po personel. - Załamało mnie to, że uchodźcy stracili nadzieję. Trwają w marazmie, przepaść między nimi a światem stale się pogłębia - mówi Khin. Pracowała też przy produkcji filmów o osobach prześladowanych przez juntę. Razem z koleżankami spisywała i nagrywała historie dziewczyn sprzedanych do agencji erotycznych oraz robotników okradanych przez przedsiębiorców. Centrala opozycji uznała, że starsza z panien Htway musi wrócić do ojczyzny, by zorganizować tam antyrządowe demonstracje i rozprowadzać ulotki. Kilka miesięcy później birmański dziennik "Myanmar Alin" podał, że Thida została aresztowana w Rangunie za zdradę kraju i skazana na dożywocie. Do Mae Sot dotarła informacja, ze matka sióstr została objęta dozorem policyjnym i nie wolno jej opuszczać domu bez zezwolenia. Jej syna oskarżono o kolaboracje ze "zdrajcami" (czyli własnymi siostrami) i wtrącono na 29 lat do więzienia. - Za mną wysłano list gończy. Nie miałam już nic do stracenia, oficjalnie przystąpiłam do demokratycznej Partii na rzecz Nowego Społeczeństwa i zaczęłam działać w ruchu oporu. Wtedy przeniesiono mnie do Ciang Mai - opowiada Khin. W tym drugim co do wielkości tajskim mieście zajęła się kształceniem działaczy: uczyła ich angielskiego i opowiadała im o ruchach demokratycznych w krajach Europy Wschodniej oraz upadku apartheidu w RPA. Zlecono jej poprawę wizerunku Birmańczyków przebywających w Tajlandii. Tajowie nie lubią ich ze względu na historyczne animozje oraz na permanentny kryzys gospodarczy. Od 1988 r. mieszkańcy masowo przekraczają tajska granicę i imają się podłych prac, a sąsiedzi obarczają ich winą za bezrobocie i przestępczość. Twierdzą, że powstańcy walczący z juntą w Rangunie stworzyli sieć baz szkoleniowych na tajskim pograniczu. Na tym terenie - podobno - swobodnie przepływają broń i narkotyki. Co jakiś czas wybuchają strzelaniny, a policja jest bezradna. BIZNES KONTRA DEMOKRACJABangkok chce, by pogranicze tajsko-birmańskie stało się turystycznym rajem. Na północy kraju znajduje się legendarny narkotykowy Złoty Trójkąt, a stołeczne biura turystyczne organizują tam wyprawy dla "przybyszów o mocnych nerwach". Agencje oferują wędrówki po dżunglach i wyprawy przemytniczym szlakiem pod opieką przewodnika. I nie chcą, by wędrujący po dżungli goście spotykali birmańskich partyzantów lub uchodźców. W 2001 r. premierem Tajlandii został multimilioner Thaksin Shinawatra, który postanowił poprawić stosunki ze wszystkimi sąsiadami, w tym z władzami w Rangunie. Aby przypodobać się birmańskim generałom, zaostrzył kurs wobec opozycjonistów i uchodźców, zmienił politykę wizowa i deportacyjną. Zwiększył liczbę patroli mających wyłapywać uciekinierów m.in. z Birmy. Nieznani sprawcy demolowali biura birmańskich opozycjonistów i niszczyli zgromadzone przez nich archiwa. Na ulice bangkoku i Ciang Mai wyszły wzmocnione patrole policyjne. Khin była łatwym celem, w 2001 r. trafiła do więzienie. - Pod bramę aresztu codziennie podjeżdżała wielka ciężarówka. Polcjanci wpychali w nia moich rodaków i odwozili do kraju. Pewnego dnia i ja znalazłam się w aucie. Jechaliśmy ściśnięci niczym bydło, marzyłam jedynie o tym, by nie deportowali mnie do Birmy. Zdarzył się cud. Tajowie wysadzili mnie tuż przed granica - opowiada. Po tym aresztowaniu musiała zniknąć z Ciang Mai i przez jakiś czas ukrywała się w innym mieście. Centrala przeniosła ja do departamentu ds. kontaktów międzynarodowych. Dzięki temu wyjeżdżała za granicę - na trzymiesięczne stypendium w USA oraz na wymianę studencką do Danii. W 2003 r. zaproszono ja na kurs poświęcony demokratyzacji organizowany w Krakowie. W lipcu przyjechała do Polski, jej wiza wygasała 15 sierpnia. - Kolega namówił mnie na przyjazd do Warszawy. Myślałam, że tam bez problemu przedłużą wizę. Niestety, gdy 15 sierpnia poszłam do urzędu imigracyjnego, zastałam zamknięte drzwi. Dzień później wróciłam, jednak odprawiono mnie z kwitkiem. Nie mogłam wyjechać, tajska ambasada również nie chciała wydać mi wizy, bo przebywałam na terenie Polski nielegalnie. Utknęłam na dobre - mówi Phyu Htway. PRZYSTANEK W POLSCEPechowy kolega zaoferował jej dach nad głową i pomoc w staraniach o status uchodźcy. Khin zajęła wynajmowany przez niego pokój, a on zamieszkał u rodziców. Początkowo nie powodziło jej się najgorzej - polskie stypendium starczyło na trzy miesiące, potem dostała nieco pieniędzy od swojej organizacji. Jednak zbliżała się zima, a ona nie miała ciepłych ubrań. Nie stać jej było nawet na kurtkę z bazaru. Była sfrustrowana, że jej życie znów utknęło w martwym punkcie i nie mogła legalnie pracować. Zastanawiała się nad przeprowadzką na wieś do przyjaciół. Pomysł upadł, bo co kilka dni musiała meldować się w urzędzie migracyjnym. Regularnie składała podania o tajska wizę, jednak ambasada nie chciała jej wydać. - Bałam się jedynie, by nie wstemplowali mi do paszportu zakazu wjazdu do Tajlandii. - mówi Khin, która postanowiła wrócić do dawnego zajęcia. Opowiadała Polakom o sytuacji w Birmie, rozprowadzała publikacje o zbrodniach reżimu z Rangunu. W 2004 r. Polska przyznała jej status uchodźcy, zaproszono ja tez do USA na konferencję poświęcona Birmie. - W Waszyngtonie wystąpię o tajska wizę, mam nadzieję, że ją dostanę. Jeśli nie, pójdę na studia w Stanach. Od lat marzę o studiach, los nigdy nie dał mi tej szansy. Na spotkaniach naukowych czuję się gorsz od innych, bo tam wszyscy przynajmniej mają tytuł magistra. W czasie dyskusji nie wszystko rozumiem, brak mi podstaw teoretycznych. W zeszłym roku przyjęto mnie na wydział nauk politycznych jednego z brytyjskich uniwersytetów, ale nie dostałam stypendium. Jednak nie tracę nadziei na studia. Życie bez marzeń to powolna śmierć - opowiada Khin. SKATOWANY DZIAŁACZ NLD:Od kilku lat pracuję dla Narodowej Ligi na rzecz Demokracji. W maju 2003 r. współpracowałem przy organizacji przejazdu Aung San Suu Kyi z mandalay do Yaway Oo. Stworzylismy kolumnę samochodów i motorowerów, za nami szli zwolennicy Aung. Krzyczeliśmy: "Niech żyje Aung!" oraz "Żądamy demokracji!". Było nas kilka set osób. Nagle po środku drogi stanął Buddyjski mnich i zatrzymał kawalkadę, domagał się, aby szefowa NLD wygłosiła przemówienie. "Ojcze jest bardzo późno i gorąco. Jesteśmy już spóźnieni, wszyscy czujemy zmęczenie. Chodź z nami do Yaway Oo, tam wygłoszę mowę." - powiedziała Aung San Suu Kyi. W tym momencie w naszym kierunku zaczęła się zbliżać grupa tajniaków, zaczęli wyciągać opozycjonistów z samochodów. Okładali nas kijami, celowali w potylice. To byli profesjonaliści, bili tak, aby zabić. Wkrótce droga pokryła się plamami krwi, wszędzie leżeli zwijający się z bólu ranni. Przyjechała policja, by aresztować tych, którzy szli z nami z Mandalay do Yaway Oo. Starszy pan trącił mnie w ramię i szepnął: "Młody człowieku, nic tu po tobie! Uciekaj". Ukryłem się w dżungli i zacząłem iść w stronę Tajlandii. Kilka dni później przekroczyłem granicę. Opozycja twierdzi, że podczas tego incydentu zginęło około 100 osób, władze w Rangunie - że zaledwie cztery. W czerwcu ubiegłego roku zatrzymano najwyższych rangą członków Ligi i opieczętowano biura partii na terenie całego kraju. Aung San Suu KYi wróciła do aresztu domowego. PROSTYTUTKA: Nazywam się Mar Mar, pochodzę z Meit Hiti Lar jestem najstarszą z szóstki rodzeństwa. Gdy skończyłam 15 lat, mój dom spłonął, ojciec zachorował, a rodzina została bez środków do życia. Musiałam rzucić szkołę i iść do pracy. Początkowo sprzedawałam warzywa na bazarze, potem sąsiadka pożyczyła mi pieniądze na rozkręcenie własnego biznesu. Otworzyłam mały sklepik, jednak zyski nie starczały mi na spłatę długu. Znajoma zaproponowała mi przeprowadzkę do miasta Shan Le i obiecała pomoc przy znalezieniu lepszej pracy. Postanowiłam zaryzykować i wyjechałam z nią. Gdy dotarłyśmy do miasteczka Mu Se, ta sama kobieta zaczęła mnie przekonywać, bym została prostytutką. Nie chciałam się zgodzić, ale ona dała mi słowo, że zarobię astronomiczne sumy. Po długich namowach podpisałam umowę. Tej samej nocy dostałam "opiekuna". I miałam pierwszego klienta. Nauczyłam się kilku słów po chińsku i kilku sztuczek, wreszcie dotarłam do Shan Le w Chinach. Tam razem z sześcioma innymi dziewczynami stawałyśmy przy szosie i czekałyśmy na kupców. Przez cały czas byłyśmy pilnowane - jeśli szpieg właściciela zauważył, że któraś z nas płacze lub przysypia, dostawałyśmy lanie. W ciągu nocy musiałyśmy zarobić 150 juanów każda. Jeśli nam się nie udało, byłyśmy bite. Taka sama kara czekała nas za niezaspokojenie potrzeb klienta. Przez kilka miesięcy mój pan twierdził, że zarobione pieniądze wysyła matce. Jednak pewnego dnia w Shan Le pojawiła się moja młodsza siostra. Chciała się dowiedzieć, dlaczego nie poszłam do pracy - od momentu mojego wyjazdu rodzina nie dostała ani grosza. Gdy powiedziałam siostrze prawdę, dziewczynka chciała uciekać. Było za późno, mój opiekun pożyczył jej na bilet i domagał się zwrotu pieniędzy. Siostra została prostytutką, mimo, że nie miała nawet dziesięciu lat. Codziennie wyzywano ją od tępaków i bito, ale właściciel agencji zaczął wysyłać pieniądze naszej rodzinie. Po czterech latach udało mi się uwieść Birmańczyka i namówić go do wykupienia mnie z rąk "opiekuna". Tuż przed wyjazdem zażądałam od właściciela zwrotu pieniędzy - należało mi się 20 tyś juanów, dostałam jedynie pięć. Podobno reszta poszła na moje utrzymanie i kształcenie siostry. Gdy wróciłam do domu, okazało się, że ktoś doniósł sąsiadom o moich perypetiach w Shan Le. Sąsiedzi odwrócili się plecami do naszej rodziny i przestali robić u nas zakupy. Mój ojciec zmarł ze wstydu, a cała rodzina uciekła z miasta. Musiałam wrócić do dawnego zawodu, przez kilka miesięcy pracowałam na własną rękę. Po kilku miesiącach wykupiłam siostrę i przyjęłam ja do spółki. WIĘZIEŃ POLITYCZNY: nazywam się Zinn Linn, w 1982 r. zostałem aresztowany i skazany na dwa lata więzienia w Insein. Mieszkałem w jednej celi z ośmioma współwięźniami, za całe wyposażenie służyło nam kilka mat, iska na wodę i nocnik. Dwa razy dziennie karmiono nas mieszanka ryżu i fasoli, w czwartki pasta rybną. W 1991 r. znów mnie aresztowano za roznoszenie ulotek i ponownie trafiłem do Insein. Podczas mojej nieobecności warunki życia w Insein jeszcze się pogorszyły. Tym razem siedziałem w celi sam i wolno mi było rozmawiać ze współwięźniami przez pięć minut dziennie, pod nadzorem. W tym czasie zebrałem informacje o warunkach życia innych skazańców - dowiedziałem się, że w Insein zawsze jest przynajmniej 1200 więźniów. Co dzień przybywało około tysiąca nowych osób, a kilkaset odsyłano. Ludzie ci najczęściej trafiali do więzienia za naruszenie art. 54 podejrzenie o przygotowywanie zbrodni, bądź art. 13 przebywanie poza domem po zmierzchu. Poznałem historie dwóch z nich. U Hla Myint był robotnikiem, pracował za dniówkę we Hlaing-thar-yar. Władze zaczęły się nim interesować, bo nie chciał pracować bezpłatnie przy budowie szosy ani zapisać się do Związku na rzecz Solidarnosci i Rozwoju - organizacji wspierającej juntę w rangunie. Odmówił płacenia składek na ochotniczą straż pozarną. Pewnego dnia zatrzymała go policja. W trakcie procesu sędzia spytał zatrzymanego nad jaką zbrodnią pracował. U Hla Myint odparł: Nad żadną." Skazano go na dwa lata więzienia. Nui Nui Tin dostał się na wydział historii w Zakładzie Kształcenia Zaocznego w Rangunie. Gdy pewnego ranka wsiadał do autobusu jadącego do stolicy, zatrzymała go policja i zabrała do komisariatu na przesłuchanie. Policjanci skonfiskowali książki i i legitymacje studencką. Zabrali mu złoty łańcuszek i zegarek, a sąd skazał go na rok więzienia za złamanie art.13. Zastanawiałem się, dlaczego tylu ludzi trafia do więzienia, aż odkryłem, że władze potrzebowały darmowej siły roboczej. Skazanych wysyłano do jednego z 300 obozów pracy. Najgorszy los czekał tych, którzy zostali skierowani do obozu Taung-zun. Mieszka tam 1300 więźniów - wszyscy wstają o czwartej rano, mają 30 minut na umycie się i zjedzenie miski twardego ryżu. Od 5 rano do 9 wieczór pracują w kamieniołomach - rozsadzają skały, przenoszą kamienie i rzeźbią "kocie łby". Kazdego dnia muszą ich wyprodukować 50 ton - połowę dla państwa, druga połowę zagarnia szef obozu, który handluje nimi na czarnym rynku. Więźniom nie wolno chodzić powoli, mają tylko 10 minut przerwy na załatwienie potrzeb fizjologicznych. Każdy z nich chodzi zakuty w żelazne kajdany. W 1996 r. do mojej celi dokwaterowano druga osobę - byłego majora wojska, wiceszefa stołecznego wywiadu. Major pochodził z Sagaing, w 1988 r. widział w jaki sposób wojsko likwidowało powstanie w tym mieście. Pewnego popołudnia żołnierze weszli do centrum miasta i zaczęli strzelać do demonstrantów. Zabili 300 osób, ranili setki. Przez kilka następnych dni ciała zmarłych pływały w rzece Irrawady. Po tej akcji major przeszedł do policji, bo sumienie nie pozwalało mu służyć dalej w armii. Został aresztowany razem z wysokimi ranga policjantami w czasie walk frakcyjnych między pierwszym a drugim sekretarzem rządu. Wkrótce po jego aresztowaniu odzyskałem wolność. Poza granicami kraju przebywa ponad 2,4 mln uchodźców; 2 mln uciekło do Tajlandii, 110 tys. do Malezji, 200 tys. do Bangladeszu, więcej niż 50 tys. - do Indii. W birmańskich dźunglach ukrywa się ponad 1,5 mln przymusowych wysiedleńców. W armii służy ponad 50 tys. dzieci poniżej 18 roku życia, czyli jest tam najwięcej nieletnich żołnierzy na świecie. Najmłodsi rekruci mają po kilka lat, często są niżsi od przydzielanych im karabinów. Są faszerowani narkotykami. Według Amnesty International w Birmie jest przynajmniej 1500 więźniów politycznych, siedzących w 20 więzieniach. Wśród nich jest wiele kobiet. Skazani dostają jedynie minimum pożywienia i wody, nie maja zapewnionej opieki medycznej, choć często cierpią na choroby psychiczne, serca i weneryczne. Według gazety "Asian Tribune" przynajmniej 190 z nich powoli umiera. Birma liczy 50 mln mieszkańców ponad 80 proc z nich żyje poniżej granicy ubóstwa. Roczny dochód na mieszkańca nie przekracza 300 dolarów. Przeciętna długość życia - 54 lata mężczyźni i 60 lat kobiety. Co pięćdziesiąty Birmańczyk choruje na AIDS. Szefem państwa jest generał Than Shwe, przewodniczący Państwowej Rady Pokoju i Rozwoju (powstałej po przekształceniu SLORC). Opozycja oskarżała go i współpracujących z nim generałów o łamanie praw człowieka oraz o zakup technologii jądrowej od Korei Północnej - podobno zapłacił za nia narkotykami. |
|
|
Copyright (c) 2005-2008 Solidarność Polsko-Birmańska. Wszelkie Prawa Zastrzeżone. Ostatnia aktualizacja: 2008.09.08. |